wtorek, 29 marca 2016

''Siódmy miesiąc''

Ciche pukanie do drzwi. To Josh- mój chłopak. Uśmiecham się na jego widok, i rzucam się na niego bez krępowania jak dziecko, gdy widzi rodzica po długiej nieobecności.
Dziś mamy rocznicę. Wpuszczam go do środka. Josh rozbierał kurtkę, podczas gdy ja poszłam w stronę lustra aby poprawić włosy. 
-Kocham Cię, Mary. -powiedział, przytulając mnie od tyłu. -Jesteś najwspanialszą dziewczyną jaką dane było mi spotkać.
Uśmiechnęłam się lekko, odwróciłam się i zastygłam w jego ramionach. Wieczór mijał w miłej, romantycznej atmosferze. Do czasu. 
Josh wyjął z kieszeni mały łańcuszek z serduszkiem. Zsunął go ze swojej dłoni na moją. Widział oczarowanue w moich oczach.
-Wiem, że to Ty jesteś tą jedyną. Tą, z którą nie będę tylko 10, 20 najbliższych lat. Będę przy Tobie do starości, póki jedno z nas nie umrze.
I to właśnie na te słowa łzy napłynęły mi do oczu. Bo wiecie, On nie wie tak naprawdę o mnie jednej rzeczy. Boję się jego reakcji.
Drodzy czytelnicy, od siedmiu miesięcy choruję na nowotwór. Lekarze dali mi małe szanse, to też miałam do wyboru podjęcie się chemioterapii lub czekanie, aż zgasnę. Wybrałam tą drugą opcję. Nikt mnie nie zmuszał do jej podjęcia. Chemia w moim przypadku ma wysokie szanse na odrzucenie. Nie chcę ostatnich dni spędzać w szpitalu, pragnę wykorzystać je jak mogę. Stąd decyzja o czekaniu na śmierć.
Płakałam. Josh scierał z mojego policzka łzy, martwił się o mnie. Złamałam się. Powiedziałam mu o wszystkim ze szczegółami. Wysłuchał mnie, nie przerywając mi. Przytulał mnie tylko, i podawał kolejne chusteczki. Gdy skończyłam, pocałował mnie w czoło, i przytulając mnie mocno pozwolił mi się wypłakać. Tego mi bardzo brakowało, a kamień spadł mi z serca, że się dowiedział.
-Mary, ja Cię nie opuszczę.
-Ale.. Ja umrę. Zostało mi niewiele, co ja mogę przez ten czas zrobić?

-Zrobię wszystko, żeby ten czas był dla Ciebie wspaniały. Żebyś nie martwiła się, że opuścisz świat. Żebyś śmierć traktowała jako dar od Boga. Kocham Cię 
Powiedziałam mu dokładnie to samo- że go kocham najmocniej. 
-Zatem, co możemy zrobić? -spytałam.
-Chorujesz już siedem miesięcy.. Zatem, zróbmy razem siedem rzeczy. Takich, na które ty masz ochotę. Zróbmy to, co zawsze chciałaś zrobić. Ja wszystko spełnię, byle byś była szczęśliwa. Zapisz sześć rzeczy. Siódma będzie niespodzianką ode mnie.
I podał mi kartkę i ołówek. Miałam zapisać te 6 rzeczy, co przed śmiercią chciałabym z nim zrobić.
Pewnie teraz, ty, jak to czytasz myślisz, że jestem myślą tylko przy Joshu, że inni mnie nie interesują i że wolę spędzić czas z chłopakiem niż na przykład z rodziną. I tu muszę cię już poinformować- nie mam rodziny. Jedyną bliską mi osobą jest Josh. Nie mam rodziców, porzucili mnie. W domu dziecka dożyłam osiemnastu lat i go opuściłam. Od tej pory minęły 2 lata. Mniejsza.
Chwyciłam do ręki ołówek i zaczęłam pisać. Pomyślałam, że przez całe moje życie nie zrobiłam nic szalonego- byłam przecież w domu dziecka, gdzie moim życiem kierował regulamin. Na mojej kartce postanowiłam umieścić też te rzeczy, żebym poczuła nieco smak szaleństwa.
Pierwszą rzeczą, jaką zapisałam, był skok na bungee we dwójkę. Chcę przełamać w sobie lęk, że przecież skok z wysokości nie oznacza tylko próby samobójczej.
Nim się obejrzałam, stałam na wysokiej wieży opleciona linami asekuracyjnymi, a tuż obok mnie Josh. Nie patrz w dół... Skoczyliśmy trzymając się za ręce. Niesamowite uczucie. Przyznam, że bałam się bardzo, ale gdy trzymałam Jego dłoń, wiedziałam że nic mi się nie stanie.
Drugą rzeczą z kartki było wymalowanie Josha jako kobietę i spacer z nim po mieście. Przyznam, iż tutaj mój mężczyzna dzielnie wytrzymał dwugodzinne smarowanie go kosmetykami. Bawiliśmy się świetne. Josh jest osobą mającą do siebie dystans- to wręcz on mi podsunął pomysł na taką akcję. 
Podczas spaceru po centrum miasta na Joshu skupiało się dużo par oczu. On, gdy zobaczył, ze ktoś mu się przygląda mówił mu "Dzień dobry". Niecodziennie widzi się faceta w makijażu i damskich szmatkach.
To było nawet fajne.
O trzeciej rzeczy nie będę pisać, tak samo jak i o czwartej, bo są zbyt prywatne, a poza tym bardzo boli mnie już ręka od pisania tej historii, a gdybym zdecydowała się o tym napisać, najpewniej ręce zaczęłyby odmawiać mi posłuszeństwa. 
Na piątym miejscu znalazło się zawieszenie kłódki na bramie mostu nad rzeką, gdzie inne pary zawieszają swoje kłódki na znak miłości, a klucz którym zatrzaśnięta została kłódka- wyrzucają do wody. Kłódki nie da się już rozerwać- tak samo jak miłości. 
W niedzielę po 19 był piękny zachód słońca, wtedy też przybyliśmy na most. Fale rzeki delikatnie tłumiły krzyczące w głowie myśli, a promienie zachodzącego słońca przyjemnie drażniły oczy. 
Stałam w miejscu przytulona do Josha, w lewej ręce trzymając kłódkę, a w prawej klucz. Gdy wypuścił mnie ze swoich ramion, kucnęliśmy.
Zatrzasnęłam kłódkę na bramie, po czym razem wypuściliśmy z rąk klucz. Chwilę po tym do naszych uszu dotarł plusk wody.
I wtedy usiedliśmy na zimnym betonie i zaczęliśmy wspominać początki naszej znajomości. 16 lipca rok wstecz- przystanek autobusowy, ulewa, spóźniony o pół godziny autobus. Zaczęło się od rozmów na temat pogody, a potem poprzez telefonowanie i spotkania do miłości, która trwa do dziś. Na zawsze.
I wtedy spojrzałam na zegarek. Pierwsza w nocy. Czy my naprawdę jesteśmy tutaj tak długo? Niewiarygodne. Pięć godzin rozmów minęło jak dwadzieścia minut.
Wolnym krokiem poszliśmy do domu Josha, gdzie spędziliśmy resztę nocy.
Rankiem obudził mnie zapach kawy. Otwarłam oczy i zwróciłam twarz w kierunku przyjemnej woni. Na szafce nocnej była kawa, którą Josh słodził, a tuż koło niej gofry z malinami.
-Wstałaś księżniczko, jak się spało?
Podał mi kawę, wzięłam dwa łyki.
-Spało się dobrze księciu. Odłóż tą kawę niech przestygnie.
Cenię Twój czas, drogi Czytelniku, dlatego co robiłam potem nie będę pisać, chyba nie chciałbyś czytać, w co się uczesałam, i jaki miałam kolor szminki? 
Może lepiej przejdę do szóstej- ostatniej ustalonej przeze mnie rzeczy z listy.
Spojrzałam na kartkę. Podpunkt szósty- Całodzienna wizyta i wolontariat w schronisku dla psów. 
Pewnie zastanawiasz się teraz, dlaczego chcę cały dzień spędzić z psami?
Te psy są porzucone, zgarnięte z ulicy, zaniedbane. Nie wiedzą co to ciepło rodzinne. Uwierz mi, ja przeszłam przez to samo. 18 lat nauczyło mnie, co tak naprawdę oznacza brak wyżej wspomnianego rodzinnego ciepła. 
Wstaliśmy wcześnie, bo o piątej rano. Na miejscu byliśmy godzinę później. Z Joshem przez pierwsze 3 godziny wyprowadzaliśmy pieski na spacer. Widziałam, że sprawiało im to wiele radości.
Zobaczyłam wtedy siebie sprzed kilku lat. Pamiętam, jak się cieszyłam, kiedy do domu dziecka przyjeżdżali różni wolontariusze, by spędzić z samotnymi dziećmi parę chwil. 
Ten dzień był bardzo udany. Dałam pieskom mnóstwo radości. Nie tylko im, bo sobie też. Ich radosne skomlenie to potwierdzało. Po jedenastu godzinach wróciliśmy- zostalibyśmy dłużej, gdybyśmy tylko mogli.
Jest godzina 23:41. Josh zasnął, zmęczony gonitwami z psiakami. Też jestem padnięta, więc zaraz wtulę się w Niego i zasnę. 
Lista moich rzeczy dobiegła końca. Teraz kolej Josha- jestem bardzo ciekawa, co wymyśli. Jak myślicie?
Kompletnie nie wiem, czego mogę się po nim spodziewać. Wyprawy na księżyc? Napadu na bank?
Obudziłam się, a Josha nie było. Lekko się podniosłam, żeby zobaczyć czy w pokoju jest jego telefon, którego zawsze przy sobie ma. Telefonu nie było, lecz na półce była złożona w pół karteczka. "Księżniczko, jeśli mnie nie ma, wiedz, że zaraz wrócę." Wrócił. Z siedmioma czerwonymi różami. Czy wiecie, że jeśli ktoś Wam daje czerwoną różę to oznacza że ta osoba bardzo Cię kocha. A przynajmniej tak mówiła dyrektor domu. 
Josh oznajmił, że szykuje dla mnie niespodziankę, i że niestety na dzień musimy się rozstać. Przysłał za to do mnie jego siostrę Amber. Mam z nią dobre relacje. Niewiem tylko, dlaczego przywiozła ze sobą tak dużo sukienek, w większości białych. Dopytywałam ją o szczegóły niespodzianki. Powiedziała mi tylko, że wypada mi ładnie wyglądać. Rozstawiła przede mną sukienki, i przymierzyłam każdą po kolei. W końcu razem zdecydowałyśmy, że w dzień, kiedy wypada mi ładnie wyglądać będę ubrana w białą sukienkę z koronkowymi rękawami.
Nadszedł ten dzień. Dzień, w którym wypada mi ładnie wyglądać. Rano, Josh przywiózł mi swoją siostrę, a sam pojechał Bóg wie gdzie.
Gotowa miałam być na 15, a była trzynasta, więc ubrałam sukienkę i buty, a Amber zaczęła robić mi makijaż.
Co, do diabła ma się dzisiaj wydarzyć, że wypada mi ładnie wyglądać? 
Piętnasta. Wsiadam z Amber do taksówki. Zaczęłam się denerwować, bo nie wiedziałam kompletnie czego mam się spodziewać. Czas się dłużył, a my wciąż jechałyśmy. W pewnym momencie związała mi oczy czarną chustą i spytała, czy coś widzę. Nie, nie widziałam. Nie słychać było dźwięków komunikacji miejskiej, więc przypuszczałam, że jesteśmy w spokojnym miejscu. Wreszcie taksówka zatrzymała się. Miałam związane oczy od piętnastu minut, to też zaczęły mnie boleć. Wysiadłyśmy, a Amber zaczęła mnie gdzieś prowadzić. Całe szczęście, że nie ubrałam szpilek, bo szłyśmy po trawie. W pewnym momencie poczułam, że pętla z tyłu mojej głowy rozluźnia się. Otwarłam oczy.
Matko i córko.
Ślubny kobierzec.
Naprawdę! Wylądowałam na łące na brzegu jeziora, stałam na białym dywanie, na którego końcu był Josh w towarzystwie kapłana lub mężczyzny za niego przebranego. No- i jak na mały 'ślub' przystało byli goście. Pani Anastazja z domu dziecka, Amber, bliscy Josha i nasi znajomi.
Podbiegłam do Josha i go przytuliłam. Przyznam, że to była najlepsza niespodzianka w życiu.
-Mary, no bo wiesz... Pomyślałem, że może chciałabyś wyjść za mnie?
Jejku, jakie to było urocze! Stoję na ślubnym kobiercu, bo dziś dowiaduję się że wychodzę za mąż. Obłęd!
-Oczywiście że wyjdę!
Ceremonia była krótka, powiedzieliśmy sobie 'tak', no i super. Ślub był oczywiście nieoficjalny, mamy za mało czasu, żeby latać od urzędu do urzędu. 
Potem nadeszła pora na wesele. Był to raczej swego rodzaju piknik, a potem wszyscy tańczyliśmy.
W pewnym momencie zakręciło mi się w głowie... Zaraz mi przeszło. Nic nie mówiąc, tańczyłam dalej z Joshem.
Później to samo. Tym razem miałam czarno przed oczami.
-Josh.. słabo mi..
Lekko omdlałam na chwilę. Mój Mąż trzymał mnie na kolanach, a ja patrzałam na niego, widziałam go niewyraźnie.
Przez myśl mi przemknęło, że to już koniec. Nigdy się tak nie czułam. Czy ja umieram?
Mój oddech z każdym wdechem spowalniał. Czułam to. Josh też czuł. Przytulił mnie mocno, powtarzał że to nie może być koniec.
Ciemność.
Witam Was, z tej strony Josh. Dokończę pisanie tej opowieści. Moja Mary. Moja ukochana Mary zgasła w moich ramionach.
Nie nazywam tego śmiercią. Ona umarła w świecie. W moim sercu nie umrze nigdy.
Po serii cichych oddechów, wykonała bardzo głęboki. Wiem, co to oznacza. 
Rozpłakałem się. Trzymałem Mary na kolanach. Ściskałem ją mocno, trząsłem nią, krzyczałem do Niej. Nie odpowiadała. Przez łzy przedzierały się krzyki rozpaczy. Dlaczego to nie ja zachorowałem na ten pieprzony nowotwór!? Dlaczego to ja trzymałem w objęciach zgasłą Mary?! 
Jej już nie ma. Mnie za moment też.
Gdy inni chcieli się z nią pożegnać, ja przyszedłem w to miejsce gdzie jestem teraz.
Siedzę na moście, na którym zawiesiliśmy z Mary kłódkę. To tutaj przyrzekliśmy sobie, że nasza miłość, tak samo jak zatrzaśnięta kłódka nie rozerwie się.
Na mojej ręce znajduje się piękna bransoletka z kamieni. Nawet nie wiesz, jak trudno jest tak pisać. 
Skoczyć? 
---
Plusk wody.
Brzmiał tak samo, jak klucz wrzucony w tą wodę.
Był tylko głośniejszy.
Cisza.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz